Prolog
     
Wczesny wieczór. Na zewnątrz kropił deszcz. Siedzieliśmy w domu dobrze pamiętając zabicie Xazaaxa. Ten Obserwator nie będzie już nikomu zagrażać. Po raz pierwszy uratowaliśmy Waterdeep. Coprawda tutejszy władca zamknął nas w kanałach, abyśmy zniszczyli czychające tu zło… Już nie potrzebujemy żadnych przygód…
Prolog
Wczesny wieczór. Na zewnątrz kropił deszcz. Siedzieliśmy w domu ze zgaszonym światłem. W pokoju panował półmrok. Siedzieliśmy w ciszy. Jeden z nas wpatrywał się w sufit i ze smutkiem spoglądał na pająka wdrapującego się po pajęczynie. Drugi patrzał za okno na parapet, po którym ściekały krople wody. Na stole stały dwa kubki z wodą. W kominku nie palił się ogień. Co będziemy robić? Myśleliśmy. Krzesła, na których siedzieliśmy, były drewniane tak samo jak stół. Byliśmy od niego odsunięci, raczej nie chcieliśmy już pić. W kubkach było tylko parę kropel…
Na ulicy nie było wcale ludzi. Jak na taką pogodę. Jedynie jakiś strażnik w zbroi z halabardą, przechodził za oknem. Tak. Waterdeep było spokojne. Nie wiedzieliśmy, czemu nazywali to miasto zawsze - miastem złodziei - przecież nikt tu nikogo nie okradał. Nasz dom nie był największy,
ale też nie najmniejszy. Był przeciętny. Dach z drewna, a ściany z kamieni. Świetnie! To właśnie była nagroda za ocalenie miasta. Nowy Dom. Było około godziny dwudziestej pierwszej, ale nie było ciemno. Dopiero się ściemniało. Nadchodziła burza, bo zauważyliśmy za oknem błyskawicę. Chociaż… błyskawice wcale nie oznaczały burzy. Mógł to być jakiś Mag, który właśnie czarował kilka ulic dalej. Ale jednak mieliśmy przeczucie. Przeczucie, że to naturalne błyski. Było wilgotno. Nagle usłyszeliśmy grzmot. Mieliśmy rację. Jego światło rozjaśniło przez chwilę całe pomieszczenie. Znowu mrok.
Wtem… ktoś zapukał do naszych drzwi. Ten z nas, wpatrujący się w okno, wstał i ruszył otworzyć. Za oknem zaczęło wiać. Czy to znowu jakiś mężczyzna pokrzywdzony przez los, który przegrał zakład z kimś, albo został ograbiony? Czy to może znowu jakaś kobieta, która po raz pięćdziesiąty chce nam podziękować za uratowanie miasta… No cóż… dowiem się tego tylko wtedy, jak otworzę drzwi. Drzwi zostały ze skrzypieniem otworzone. Miałem zdziwioną minę, kiedy nie zobaczyłem za drzwiami biednego mężczyzny, ani tej nudnej kobiety… Nikogo za drzwiami nie było. Rozejrzałem się. Wiatr smagał mi twarz, a krople deszczu spływały mi po głowie strumieniami. Obrażony, zamknął drzwi. Znowu jakiś dzieciak musiał zapukać do tych drzwi i uciec.
Nagle, usłyszeliśmy szelest. Ten siedzący na krześle, odwrócił się by zobaczyć, co to za hałas. A drugi, który właśnie zamierzał powiedzieć koledze o tym głupim kawale, stanął jak wryty. Powoli skierowali wzrok na drzwi. Ktoś wsunął kartkę pod nimi. Kartkę zwiniętą w rulonik. Jeden z nas podszedł do tej wiadomości i ją podniósł. Rozwinął. Jego towarzysz podszedł spojrzeć przez ramię kompana, na kawałek papieru. Od razu rozpoznał to pismo. Ten pergamin był od Khelbena Arunsuna Blackstaffa, Arcymaga miasteczka, który wzywał nas do siebie. Wiadomość była pilna…
No, nareszcie coś się dzieje. Ale tak naprawdę, to czego mógł od nas chcieć o takiej porze? Cóż. Ubraliśmy peleryny, sięgające kostek i zamknęliśmy dom starym ołowianym kluczem. Zamek szczęknął. Drzwi zostały zamknięte. Nikt chyba się na czas naszej nieobecności, nie włamie. Heh… Odwróciliśmy się, by spojrzeć na niebo, które powoli stawało się coraz bardziej mroczne. Wiatr z każdą chwilą ustawał tak jak deszcz, ale grzmotów i błysków, było coraz więcej. Pracownia
Khelbena nie była tak oddalona od naszego domu. Właściwie to dwie ulice dalej.
Więc ruszyliśmy do naszego starego przyjaciela, który na pewno już skończył naradę z Lordami Waterdeep, choć sam był jednym z nich. Zawsze stał po stronie dobra. W tym małym wietrze, szło nam się trochę trudniej niż zwykle. Omijaliśmy kałuże, a nasze peleryny powiewały za nami, ich krawędzie były całe mokre. Nie mogliśmy się przed naszym przyjacielem pokazać z mokrymi głowami, więc nałożyliśmy kaptury. Jeszcze jedna ulica i zobaczymy Jego dom. Nareszcie jakieś zajęcie, jakaś przygoda, która tylko czeka na uczestników.
Ostatnia ulica. Już z daleka widzieliśmy Jego dom. Czego mógł chcieć Khelben? Stanęliśmy przed dębowymi drzwiami i nasłuchiwaliśmy, kropel deszczu, które spływały po rynnie. Błysnęło. Zapukaliśmy do drzwi.
Odczekaliśmy kilka sekund, kiedy drzwi otworzył nam sługa, Arcymaga. Spojrzał na nas, jakby chciał się upewnić, czy jesteśmy bezpiecznymi osobami, po czym rzekł…
- Och… Witajcie! Wejdźcie, Khelben oczekuje Was w swojej pracowni.
Był on odziany w jasno fioletowo-błękitną szatę. Na twarzy pojawiały mu się już pierwsze zmarszczki, choć jego broda wcale nie siwiała.
Starzec odsunął się by nas wpuścić. Skłonił się i pokazał nam otwartą dłonią, schody na wieżę, oświetloną pochodniami. Weszliśmy do środka. Na lewo było wejście do jakiejś izby, a z niej do kilku innych, a na wprost od wejścia, wznosiły się kręte schody na górę. Prowadziły dosyć wysoko. Kiedy byliśmy na pierwszych kilku stopniach, pomyśleliśmy sobie: "No cóż… trzeba się tam jakoś wspiąć. Że też Khelben, ani jego sługa nie mają kłopotów z wdrapaniem się na wieżę. No dobra, idziemy." Jeden z nas, ruszył pierwszy w górę, kiedy drugi obejrzał się, jak sługa, zamyka w przedsionku drzwi i udaje się z powrotem do swojego pokoju, do swoich zajęć. Szybko oprzytomniałem… i ruszyłem do góry, za towarzyszem. Nasze peleryny obciekały wodą.
Przypomnieliśmy sobie naszych byłych towarzyszy, którzy pomagali nam uratować za pierwszym razem Waterdeep. Wojownika Artoka, Amazonkę Venlnję, Maga Nirtera i Palladyna Devana. Już z kilka miesięcy ich nie widzieliśmy. To była ich pierwsza wielka misja, no… może jednak nie… Artok i Venlnja mieli jeszcze jedną misję. Zniszczenie jakichś tam Smoczych Czcicieli. Nigdy nam tej przygody nie opowiadali. Nim się rozstaliśmy na ten czas, powiedzieli nam, że wyruszają na krótką wyprawę, by przeszukać Wilczy Las. Lubili czasem pozwiedzać teren. Podobno w tym lesie, oprócz hord wilków, można znaleźć jakąś tam świątynię… ale Bóg wie, jaką ona tam miała nazwę… Nasi przyjaciele z pewnością radzą sobie dobrze. Podobno do niej poszli się pomodlić… Hmm…
Byliśmy na górze. Przed nami była purpurowa zasłona, oddzielająca pracownię Arcymaga, od schodów. Będzie jeszcze trzeba zejść… Zasłona poruszyła się,
to pewnie od wiatru. Byliśmy gotowi odsunąć kotarę i wejść do środka. No to co… Wchodzimy?
Rozsunęliśmy kotarę i weszliśmy.
Zobaczyliśmy Khelbena, ogrzewającego się przy kominku. Stał, mając rękę opartą na kafelkach, ozdobnego kominka… Piec wyglądał niczym pieczara. Na czubku była rzeźba, przedstawiająca głowę smoka. W kominku tańczył ogień. Za Khelbenem, było wielkie okno, na wpół zasłonięte kotarą, zakratowane, na którym zwisał się jakiś sznur. Widać było przez nie dobrze widoczne kilka ulic miasta, ale co można zobaczyć o tej porze, oprócz mrocznych budynków, deszczu i co jakiś czas błysków? Pod oknem, leżała na stojaku, jakaś gruba księga zaklęć, trochę zasłonięta przez Khelbena.
Za Arcymagiem, stała Magiczna kula, w szarym kolorze. Tuż obok - ozdobiona magiczna laska w czarnej barwie. Właśnie dzięki niej, Khelben zyskał przydomek "Blackstaff". Na jego czubku, była rzeźba, jakby o kształcie małego smoka. Była one oparta o ścianę. Po lewej stronie stało bogate biurko z dwoma szufladami. Krzesło w złotym kolorze z fioletowymi fragmentami i żółtymi wzorami, było odsunięte od biurka, na którym znajdowały się książki, świeca, pióro w kałamarzu, kilka pergaminów… I znowu jakaś lina zwisała nad tym stołem. Na ścianie była mapa dokładnych opisów krain w pobliżu Waterdeep.
Khelben dalej stał oparty o kominek. Miał na sobie granatową szatę, sięgającą kostek, fioletową pelerynę, złoconą na krańcach i zapięciu, zaś przepasany był żółtym sznurem.
Jego twarz była smutna.
Miał długie włosy i krótką brodę. Na jej krańcu była biała linia
białych włosów. Nie był wcale stary, Jego broda i włosy były czarne. W swoim uchu, w pół zasłoniętym przez włosy, miał złoty kolczyk.
- Dziękuję Wam za przybycie… - przywitał nas smutnym, grobowym tonem, Arcymag. W oczach Arcymaga odbijały się płomienie z kominka. Wtem za oknem kolejny błysk błyskawicy. Padało… Patrzeliśmy na Niego ze smutkiem. Wiedzieliśmy, że czuje on to samo, co my, choć właściwie nie mieliśmy powodu by się smucić. O niczym przecież jeszcze nie wiedzieliśmy. Choć nie! Czuliśmy, że Khelben zaraz nam powie jakąś smutną, straszną wiadomość. A ta pochmurna pogoda, tylko podkreślała tą upiorną atmosferę. Nasz przyjaciel kontynuował - Mamy kłopoty przyjaciele - Nawet na nas nie spojrzał. Nie śmieliśmy się nawet ruszyć na krok, staliśmy tam jakbyśmy byli z kamienia. Nie odważylibyśmy się mu teraz przerwać - Złe moce czają się w Świątyni Mrocznego Księżyca… - Pierwszy raz słyszeliśmy tą nazwę. Khelben stał nadal przed kominkiem z lewą ręką podpartą o sklepienie kominka, a prawą trzymając na biodrze. Na jego lewej ręce dostrzegliśmy złotą bransoletę, odbijającą kominkowy ogień. Na prawej miał kilka złotych pierścieni. Można było zgadnąć, że jest jednym z Lordów Waterdeep.
Jedno było pewne… Cokolwiek miało znaczyć, co na razie powiedział - było to ważne. Mimo zamkniętych okien i ognia w kominku, w pomieszczeniu panował chłód. Ciarki przechodziły nam po plecach, a to co mówił czarodziej było jeszcze zimniejsze od tego powietrza. Kontynuował… - Boję się o bezpieczeństwo miasta. Ja nie jestem w stanie walczyć z takim złem - Khelben odwrócił się do nas przodem, mimo iż wpatrywał się w nas, a nie w ogień - blask ognia dalej widniał na oczach Arcymaga. Westchnął i rzekł przeszywając nas swoim wszystko widzącym spojrzeniem - Potrzebuję Waszej pomocy… - rzekł.
Krople deszczu waliły o
szybę, robiąc hałas. Wiadome już było, że lało. Ktoś taki, jak Khelben potrzebuje naszej pomocy? A kim my jesteśmy by stawać na drodze złu, które jest od Niego silniejsze. Zagrzmiało… Było praktycznie prawie ciemno, a krople cały czas padały na szybę. Arcymag nawet na to nie patrzał. W pomieszczeniu panował półmrok. Nasz przyjaciel złożył ręce. Jego twarz niegdyś tak jasna, w tej chwili była spowita cieniem.
Już chcieliśmy coś odpowiedzieć, pocieszyć… a nawet zgodzić się mu pomóc. Ale jakoś nie wyglądało na to, by zamierzał się nas o to pytać. Bardzo pokręcona ta sprawa... dokładnie tak samo jak ta pogoda. Khelben mówił dalej - Trzy noce temu wysłałem skauta. Do dziś nie wróciła. - Arcymag miał smutek na twarzy. Przechylił się na jednej nodze. Przez chwilę panowała nieprzyjemna, niezręczna cisza. Widać, chciał by to co teraz mówi, lepiej do nas dotarło i abyśmy nie zapomnieli tego… zresztą jak można coś takiego zapomnieć. Khelben nałożył ręce na biodra. Cisza… Nagle z fałd szaty wyciągnął jakiś złoty, błyszczący w świetle ognia przedmiot. Mały przedmiot. - Weźcie tą monetę. Będę mógł się z Wami dzięki niej kontaktować. - Jeden z nas zrobił w Jego kierunku krok, by odebrać tą monetę. Gdy się już zbliżył do Khelbena, zajrzał mu w oczy. W tej chwili panowała w nich dziwna pustka, samotność, smutek i przygnębienie. Czarodziej trzymał monetę w dwóch palcach, z łatwością mogłem wtedy ją odebrać. Schowałem ów przedmiot do sakwy przytwierdzonej do pasa. Znowu staliśmy naprzeciwko Arcymaga. - Teraz wyślę was w pobliże Darkmoon… trzymajcie się moi Przyjaciele!
Khelben podniósł dłonie i rozpoczął inkantację. Wokół jego dłoni i nadgarstków pojawiła się jasno-błękitna poświata, która zmieniała swą barwę na białą. Nagle pomieszczenie dziwnie stało się jasne. Wszystkie cienie, jakie rzucały przedmioty zniknęły, tworząc iluzję, że pomieszczenie jest większe niż w rzeczywistości. Jasne światło wypełniło całe pomieszczenie i było tak jasne, że musieliśmy przymknąć oczy. Światłość była już bielsza niż światło, czuliśmy dziwny przewrót w żołądku, gdy zorientowaliśmy się, że leżymy na twardej ziemi… ogarnęła nas ciemność…
Up

All Rights Reserved
Author : Khelben